Niczego nam nie brakuje

Wodospad Niaghara 1 - z podpisem

Nie trzeba jechać za granicę, aby doświadczyć pięknej przyrody, czyli o wycieczce nad wodospad Niagara.

Gdy po raz drugi odwiedziłem USA, koniecznie chciałem zobaczyć jakiś znany cud natury. Od początku rozważałem dwa cele – Wielki Kanion Kolorado i wodospad Niagara. Po wstępnym rozeznaniu stwierdziłem, że druga opcja będzie lepsza, dlatego że moją bazą wypadową był Nowy Jork, a stamtąd jest o wiele bliżej do wodospadu niż do kanionu. Udało mi się znaleźć tanią wycieczkę organizowaną przez Koreańczyków i dwa dni później siedziałem w autobusie, który w kilka godzin miał zawieźć nas nad jeden z najsłynniejszych wodospadów świata.

Już po niecałej godzinie przekonałem się, że wybór wycieczki koreańskiej dostarczy mi wiele przygód. Bardzo trudno było mi bowiem dogadać się z przewodnikami. Jak się później dowiedziałem, Azjaci często mają problemy z wymową języka angielskiego, nawet gdy mieszkają w USA od wielu lat. Podobnie było w przypadku dwóch pań, które z radością opowiadały nam łamaną angielszczyzną, jakie atrakcje przygotowała dla nas ich firma. Oczywiście zobaczenie wodospadu było w wliczone w cenę wycieczki, jednak mogliśmy zapisać się na kilka dodatkowych punktów programu, takich jak zwiedzanie Fortu Niagara.

Nawiasem mówiąc fort Niagara, który znajduje się niedaleko wodospadu, ma bardzo ciekawą historię. Został zbudowany przez Francuzów w 1726 roku, co pozwoliło im zdobyć kontrolę nad ważnym szlakiem komunikacyjnym biegnącym po rzece Niagara i odciąć kolonie brytyjskie od najwygodniejszego szlaku wodnego w głąb Ameryki. Fort ten odegrał ważną rolę najpierw podczas wojny francusko-brytyjskiej, kiedy to został zdobyty przez siły brytyjskie w 1759 roku, a siedemdziesiąt lat później w wojnie brytyjsko-amerykańskiej. Obecnie pełni on rolę muzeum. Co ciekawe, podczas I wojny światowej w forcie szkolili się polscy żołnierze Błękitnej Armii generała Hallera.

Ja jednak wówczas tego nie wiedziałem. Nie wiedziałem też, o co chodzi przewodniczkom. Ich wymowa była przedziwna. Dla przykładu, gdy chciały powiedzieć słowo „lake”, które oznacza jezioro i które wymawia się „lejk”, mówiły „leg”, czyli „noga”. Zamiast mówić „brekfast”, to znaczy „śniadanie”, mówiły „brakfest”. Nie bardzo orientując się, co mi proponują, zgodziłem się na połowę dodatkowych atrakcji – tych które najmniej kosztowały. Ostatecznie jednak sadzę, że wybrałem dobrze. Zarówno fort Niagara, jak również podjechanie autokarem wzdłuż rzeki Niagara, okazały się być bardzo sympatycznymi wypadami.

Najważniejszy jednak był wodospad. Po kilkugodzinnej podróży i obiedzie w przydrożnym fast-foodzie, który do złudzenia przypominał MacDonalda, zajechaliśmy do miasta. Przewodniczki łamaną angielszczyzną wyjaśniły nam, że najpierw pójdziemy wspólnie na prom, którym podjedziemy pod sam wodospad, a potem każdy z nas będzie miał 3 godziny, aby samemu pochodzić po okolicy. Był to bardzo dobry plan. Wyprawa promem okazała się niesamowita, a widoki cudowne. Zobaczcie sami:

Wodospad Niagara 3 - z podpisem Wodospad Niegara 2 - z podpisem

Po powrocie z promu poszedłem zjeść pizzę w pobliskiej knajpce. Trafiłem na jakąś mało rozgarniętą kelnerkę, która przyniosła mi kurczaki. Musiałem się wykłócać dobre dwadzieścia minut, zanim w końcu przyznała się do błędu i poszła po pizzę. Trochę mnie to wkurzyło, bo po przebojach z Koreankami miałem dość ludzi, którzy nie rozumieją języka angielskiego, jednak smaczny i ciepły posiłek bardzo mnie pokrzepił. Uśmiech zaś zupełnie wrócił mi na twarz, gdy wróciłem nad wodospad. Tym razem patrzyłem z góry, ale widoki były równie cudowne.

Wodospad Niaghara 1 - z podpisem

Widoki naprawdę zapierały dech w piersiach. Cudownym uczuciem była też bliskość tak znanego miejsca. Gdy jednak podwieźli nas autokarem wzdłuż rzeki Niagara i zaproponowali piętnastominutowe obserwowanie rzeki ze świetnego punktu obserwacyjnego dla turystów, poczułem się, jakbym był w polskich górach. Stałem sobie, patrzyłem na rzekę oraz góry i miałem wrażenie, że widzę Dunajec i Pieniny, a tuż za mną jest Szczawnica, do której tak bardzo lubię jeździć na lody. Wtedy uświadomiłem sobie, że polska przyroda jest naprawdę piękna. Pojechałem na drugi koniec świata, aby zobaczyć jeden z najsłynniejszych wodospadów na naszej planecie, a czułem się, jakbym pojechał w Pieniny.

Naprawdę nie mamy powodu, aby czegokolwiek się wstydzić. To nie prawda, że w innych krajach, czy na innych kontynentach jest lepiej. Polska to piękny kraj i o ile warto wyjeżdżać za granicę, aby poznać inną kulturę, doświadczyć życia w zupełnie innym miejscu na świecie, czy zobaczyć znane zabytki, o tyle nie ma sensu szukać tam malowniczej przyrody. O wiele taniej jest pojechać w Tatry, nad Bałtyk, czy na Mazury. Jest tam wszystko, czego możemy oczekiwać od natury, a nie wydamy tyle pieniędzy i będziemy czuć się bardziej swojsko!

Polecam polską przyrodę! Cudze chwalicie, swego nie znacie…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *